W oczekiwaniu

Ruszamy w drogę

W tym roku wybraliśmy się na weekend w góry. Była już jesień, a drzewa mieniły się w słońcu różnymi kolorami. Pierwszy raz udało nam się dotrzeć na szczyt całą piątką, co wcale nie było łatwe. Co prawda Frania – nasza najmłodsza siostra – większą część drogi na szczyt spędziła w nosidle, które tata lub mama nosili na plecach. Powrotną drogę przebyła jednak całkiem sama i wszyscy byliśmy z niej bardzo dumni. Z siebie zresztą też – pokonanie takiej dalekiej drogi to w końcu nie lada wyczyn!
Jednak po zejściu ze szlaku czekały nas jeszcze ciekawsze – jak się później okazało – przygody. Ale po kolei. Do domu, w którym mieliśmy tej nocy spać, musieliśmy dotrzeć autobusem. Kiedy jednak znaleźliśmy się na przystanku, okazało się, że autobus właśnie nam uciekł, a na kolejny musimy czekać aż trzy godziny. Czekanie, jak wiecie, nie jest tym, co dzieci (ale i dorośli) lubią najbardziej, więc zaczęliśmy ziewać na samą myśl o 180 minutach, które mieliśmy spędzić na przystanku autobusowym w małej wsi. Wydawało nam się, że wokół nas nie ma niczego ciekawego, szczególnie jeśli wziąć pod uwagę fakt, że tego samego dnia byliśmy na Połoninie Wetlińskiej, z której rozciągał się niesamowity widok na Bieszczady. 
– Ten autobus chyba nigdy tu nie dotrze – marudziła moja zniecierpliwiona siostra Łucja. Tata zaś starał się poprawić nam samopoczucie rozmową, która (jak sam mówił) była dobra na wszystko.
– Co wam się najbardziej podobało podczas drogi na szczyt? Co z niej zapamiętacie? – pytał.
– Mnie podobała się Chatka Puchatka i dobrze, że mieli w schronisku rosół – powiedziałem wtedy, a moja młodsza siostra dodała: 
– Fajny był ten rudy kotek, chciałabym go za...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy